Artykuł

Z pamiętnika mężczyzny po przejściach.

Niedziela 29 września - 7 października: Kwalifikacje
Znowu drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi... Cytat ( w wersji pełniej, wraz z jego szczęśliwym zakończeniem, rzecz jasna) z Adasia Miauczyńskiego, złotymi zgłoskami rozświetlił się w mojej głowie, zaraz po zamknięciu apletu analizera, w którym nie wiedzieć czemu upodobałem sobie oglądać na żywo mecze moich dzielnych orłów, gladiatorów moich wirtualnych, zawodników mych mało kwadratowych krwawą krwawicą opłacanych. Cytat rzeczony, mimo że pod wpływem impulsu przytoczony, biorąc rzecz z bolesna trzeźwością, oddaje w pełni przebieg mojej emzetowej kariery. W liczbie drugich miejsc w całej historii polskiego MZ ustępuję chyba tylko amigo andydvorakowi. Ale on bywał także i pierwszy. A ja jak nawet byłem pierwszy to i tak czułem się jak drugi, bo podwórkowych 6 i 7 lig co najwyżej tryumfatorem zostawałem. A to żaden powód do dumy. Słowem gdyby tekst z „Nić śmiesznego” pojawił się w emzetowym sklepie z tatuażami byłbym bez dwóch zdań na ten towar pierwszym klientem. No chyba, że drugim, bo taki już mój los poczochrany. No ale, nie ważne ile jadu zdołam z siebie wypluć w niedzielę 29 września fakt pozostał faktem. Przegrałem mecz sezonu. Kto wie, czy nie życia. Wygrać wystarczyło i byłbym najwyżej w swej kulejącej karierze. Wygrać wystarczyło, a wnukom opowiadałbym, że w MZ byłem w 2 lidze. A tak 4-2 i do domu. A tak znalazłem się w zadku, na skręt kiszek zmarłego, wieloryba. I 5 metrów mułu nade mną. „Nic to Baśka” - słowami wielkiego polskiego „poety” Henryka Sienkiewicza przemówiłem do siebie. „Masz jeszcze kwalifikacje” – dodałem kojąco. No tak. Kwalifikacje. sukcesów moich w tej grze siostry rodzone. Kwalifikacje, jak teściowa z walizeczką u drzwi mego domu stojąca, znienawidzone. Kwalifikacje, po przegranym sezonie, jak Angelina Jolie przed słynnym piersi odjęciem, ponętne. Zbyt wiele razy próbowałem tego specjału, żeby dać się samemu sobie oszukać i zbyt duże nadzieje na awans w kwalifikacjach pokładać. Nie oszukujmy się, z moją aparycją wymiętego prochowca w rozmiarze XL do Lary Croft startować nie mam po co. No i w rzeczy samej ekspresowo poczułem się jak wszyscy selekcjonerzy piłkarskiej kadry polski w piłkę kopaną, na wszystkich wielkich imprezach, jakie za życia mego zdążyły się rozegrać. Na początek balonik swego jelita grubego napompowałem do niewyobrażalnych rozmiarów. Nakręciłem się, że taktyk ze mnie lepszy niż Mourinho. Wmówiłem sobie, że niczym najgorętsza ostatnio gwiazda internetu „jestem zwycięzcą”… A po pierwszym meczu wiedziałem, że jest kiepsko. W drugim „o wszystko” dostałem sromotne baty. Trzeci gram o honor. I tu dochodzimy do punktu, drogi mój czytelniku, w którym pragnę cię uspokoić, że gorzkie moje żale wylane powyżej, prowadzą do puenty o charakterze bardziej uniwersalnym, kto wie, może nawet ciebie dotyczącym. Otóż, kiedy tak swą klęskę rozpamiętywałem, kiedy mocarstwowe plany podboju, jeśli nie świata, to przynajmniej mojej trzeciej ligi na sezon 48 snułem, przyszła mi do głowy myśl, że niejeden z mych managerskich kompanów podobne frustracje przeżywa. Wszak w kwalifikacjach jeden jest tylko wygrany i trzech takich co czują, że ktoś zarąbał im księżyc. Księżyc na który z motyką się porwali pragnąc zagrać o level wyżej. Co więcej pomyślałem sobie, że właśnie ten moment jest zawsze najbardziej newralgicznym w karierze każdego z nas, bo stopień frustracji wzrasta do niebotycznych poziomów. Kończąc sezon w środku tabeli jest najczęściej, o wiele bardziej lajtowo, bo albo od kilku tygodni się wie, że powyżej linii bioder nie podskoczysz, albo wręcz przeciwnie rzutem na taśmę uniknęło się konieczności w kwalifikacjach walki, nie o awans, a o utrzymanie. Wobec uciekających z MZ kolejnych managerów ciekawiłaby mnie statystyka, ilu z tych, którzy podjęli decyzję o emeryturze, podjęli ją właśnie po przegranych kwalifikacjach lub po sezonach, gdy nie zrealizowali jakichś tam swoich ambicji. Kiedy po przeżyciu sportowej klęski dobiła ich perspektywa, że kolejne trzy miesiące trzeba będzie się kisić w niższej lidze, choć serce, dusza, a może i nawet siła drużyny wyrywa ku grze z najlepszymi. Nasuwa się tu, więc pytanie, czy system rozgrywki w MZ nie jest jego cichym zabójcą. Oczywiście trzeba oddać, że porażka zawsze wkalkulowana być musi wszędzie tam gdzie w coś się gra, i zrzucenie całego zła, własnych niedociągnięć i niedoskonałości na sposób sformułowania wirtualnej rzeczywistości jest naprawdę tanim sposobem radzenia sobie z niepowodzeniami. Mimo to można zaryzykować stwierdzenie, że model skonstruowany przez Szwedów wydaje się daleki od optymalnego. Wymaga sporego zaangażowania, a przede wszystkim potężnej inwestycji czasu. Dotarcie do ekstraklasy, kariera od zera do bohatera, w najlepszym razie zająć musi kilka lat, a to i tak przy dość ambitnym założeniu, że awansować się będzie co sezon. W realiach kiedy każdy z nas przywykł do tego, że w wirtualnej rozrywce wystarczy wcisnąć klawisz reset i po kilku sekundach mamy nową szansę na tryumf, jest to całkiem poważny mankament zielonego serwisu. Problem jednak polega na tym, że systemu tego nie sposób tknąć. Najlepszym rozwiązaniem byłoby awansować z każdej ligi większą liczbę drużyn lub chociaż kwalifikacje układać tak, by nie awansował tylko jeden najlepszy. Ruch taki powodowałby jednak rozpad misternej piramidki wzajemnych ligowych powiązań, więc trudno wziąć go pod uwagę na serio. Można by taki wariant uzupełnić i podłączyć ideę zwiększenia liczby drużyn w ligach. Wespół z większa liczbą awansów może pozwoliłoby to ułożyć wcześniej rozsypaną układankę ligową z powrotem, mówiąc brzydko, do kupy. Ale wówczas poszerzyłaby się szara strefa środka, nie grająca sezonami o nic, a i czas do kolejnej próby zawojowania danej ligi – czytaj długość sezonu – musiałby się wydłużyć. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem byłoby skrócenie czasu trwania sezonu, kolejne zagęszczenie liczby gier ligowych w tygodniu. Im dłużej snułem tego typu rozważania tym więcej utwierdzałem się w przekonaniu, że idea skrócenia czasu rozgrywania 22 ligowych kolejek jest genialna. Dynamika rozgrywki wzrosłaby niepomiernie. Jeśli założyć, że wszystkie kolejki można by rozegrać w miesiąc, oznaczałoby to trzy dodatkowe szanse na awans w stosunku do obecnego systemu. Oznaczałoby to przy tej samej inwestycji czasu trzy razy więcej emocji, trzy razy tyle radości, może i trzy raz tyle frustracji, ale rekompensowanych trzykrotnie większa liczbą szans na odkucie się… I tu kolejna z mych naiwnych nadziei na przyznanie mi wirtualnego chociażby Nobla, sztucznie podtrzymywanych powietrzem z materaca baloników, sflaczał niczym… sflaczały balonik właśnie. Bo zadałem sobie pytanie, na które odpowiedź niczym gra siatkarzy naszych na ostatnim euro nie dała mi satysfakcji, pogrążywszy w odrętwieniu i melancholijnej zadumie. Bo wszystko ładnie tylko czy w tak wybitny sposób skonstruowana przez mnie wizja przyszłości nie zmieniłaby zielonego serwisu w kobietę tanią i sprzedajną z placów i skwerków zaciemnionych, taką na noc jedną, którą może i da trochę frajdy, ale z racji swej marnej istoty nie zapewni pomidorowej w każdy czwartek i poczucia bezpieczeństwa za tym idącego. Słowem czy byłby emzet nadal emzetem, który da się tak pokochać i znienawidzić jednocześnie, czy byłby wówczas emzet zdolnym do związków emocjonalnych o długim terminie przydatności do spożycia, czy maiłby zdolność wytworzenia takiej rzeszy wiernych wyznawców, emztowych morfinistów, czy może stałby się kolejną rzeczą w naszym życiu, która staje się zamazaną smugą, kształtem nijakim, widzianym z za szyby pędzącego pociągu?